Obserwatorzy

poniedziałek, 3 lipca 2017

mrok, który nadciąga

a court of thorns and roses | 2016 rok | 524 strony | 8/10 

nie pamiętam już kiedy skończyłam tą książkę ale wiem, że do dzisiaj trzyma mnie kac po tym co się tam wydarzyło. mogłabym sięgnąć od razu po drugi tom, który patrzy się a mnie z mojej biblioteczki lecz dobrze wiem jakby się to skończyło - kac, łzy, depresja i brak kontynuacji. było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką i jakże udane. wcale nie zakończylo się kupnem dworu mgieł i furii oraz trzech tomów szklanego tronu, wcale. no ale dobrze, porozmawiajmy o tym co działo się tutaj...

feyra żyje w świecie gdzie ziemie ludzi i magicznych fae oddzielone są od siebie niewidocznym murem. złożyła swojej matce obietnice, że zadba o swoją rodzine. każdego dnia stara się upolować jakąś zwierzynę by jej ojciec i siostry miały co jeść. pewnego dnia jednak wybiera się o krok za daleko, w okolice magicznego muru. natrafia tam na ogromnego wilka, który dzieli ją od potęcjalnego obiadu. z zawachaniem zabija go, nie wiedząc, że był nim jeden z fae. niedługo po tym zdarzeniu u drzwi jej chaty pojawia się bestia, który żąda rekompensaty za ten straszny czyn. feyra ma do wyboru zginąć bądź udać się z bestią do jego dworu, gdzie spędzi resztę swoich dni. z czasem jednak dziewczyna dowiaduje się o niebezpieczeństwie jakie zagraża światu fae jak i temu ludzkiemu. co jednak ona ma z tym wspólnego i jaką rolę odegra?

zacznijmy od tego jak cudowny styl ma pani maas. od dawna nie przeczytałam żadnej ksiązki tak szybko. to nawet nie było czytanie, ja płynęłam przez kolejne strony. nie wiem kiedy byłam w połowie a później kiedy skończyłam. na początku główna bohaterka na początku strasznie mnie irytowała, do końca nie wiem czemu. może dlatego, że przypominała mi trochę katniss. jednak im głębiej wchodziłam w historię tym większą sympatią ją darzyłam. postacią, którą pokochałam od pierwszej chwili był lucien. o taak, to zdecydowanie mój crush i mam nadzieję, że będzie go troche więcej w kontynuacji.

akcja wzrasta stopniowo, pojawiają się nowe postacie, wątki, nierozwiązane tajemnice. powieść staje się coraz mroczniejsza, brutalniejsza. potwory i stworzenia wykreowane przez panią maas nadają niezwykłej atmosfery. do tego wątek romantyczny może jest trochę schematyczny, ale nie tak nachalny. relacje między ferya a tamlinem - bestią - są opisane w niezwkle przekonujący i prawdziwy sposób. widzimy jak wzrsta między nimi napięcie i ile są w stanie zrobić dla siebie nawzajem.

dwór cierni i róż to pozycja, po którą naprawdę warto sięgnąć. sarah j maas potrafi zaskoczyć i wciągnąc czytelnika w swoją powieść. historia przeplata romans, walkę i intrygi. zdecydwanie polecam zaopatrzyć się od razu w kolejny tom, bo kac potrafi zniszczyć człowieka. niech magia pyrthianu cię pochłonie.

do poczytania x


niedziela, 25 czerwca 2017

jak zniszczyć człowieka w dwie godziny?


bylam na coldplay. słyszałam chrisa martina na żywo. tak, ja też wciąż w to nie wierzę. Minął dokladnie tydzień, od tego dnia. bilet czekał na użycie pół roku. pół roku od ogłoszenia koncertu ja czekałam z dziwnym spokojem. w końcu nastał ten dzień, 18 czerwca. dzień podczas, którego usłyszałam na żywo jeden z najważniejszych dla mnie zespołów, ostatni z tych najnajważniejszych. 

muzyka coldplay jest ze mną od 5 lat. od dnia gdy po raz pierwszy usłyszałam clocks towarzyszy mi każdego dnia. była dla mnie ostoją w trudnych jak i szczęśliwych chwilach, nadal nią jest. wiedziałam więc, że pojadę na ten koncert od moemntu gdy na gifie zapowiadającym trasę pojawiła się flaga polski. wydałam na bilet wszystkie oszczędności i masę stresu czy się załapię. ale udało się, po dwóch dniach bilet był już w moich łapkach. zostało tylko czekanie.

w warszawie byłam już dzień wcześniej. poszłyśmy z koleżanką do baru, trochę powłóczyłyśmy się po miescie, ogólnie nic szczególnego nie robiłyśmy. następngo dnia zastanawiałyśmy się czy kolejkować cały dzień w pełnym słoncu czy odpuścić i przyjść na miejsce chwilę przed wpuszczaniem. słońce jednak było tak palące, że padło na ten drugi wybór. wyszłyśmy z hotelu około południa, poszłyśmy coś zjeść i powoli kierowałyśmy się pod stadion, naprawdę powoli. niecałe 2 godzinki przed otwarciem bram znalazłyśmy przyjemne miejsce w kolejce i czekałyśmy na sądną chwilę.

po przejściu przez wszystkie bramki, odebraniu xylobands, biegłyśmy by mieć w miarę dobre miejce. i udało się! jakiś szósty rząd od sceny zdobyty! zaczęło się ostateczne oczekiwanie, które miały nam umilić supporty. miały, bo po raz pierwszy (przynajmniej dla mnie) okazały się porażka i czekałam tylko na ich koniec.

zespół oczywiście wszedł z wielkim hukiem zaczynając od a head full of dreams. i już w tym momencie umarłam. audio w porównaniu z tym co było na żywo (nawet mimo tej beznadziejnej akustyki narodowego) brzmi tak sucho, bez uczuć, czegokolwiek. z piosenki na piosenkę było coraz gorzej. w momencie gdy chris zaczął przemowę przed everlow a później samą piosenkę byłam już śmieciem, nie człowiekiem. nie kłamię. po tym cudzie zagrali clocks i w tym momencie można było mnie zbierać z podłogi. moja pierwsza piosenka coldplay usłyszana na żywo. czy może być coś piękniejszego? otóż moi drodzy myślałam, że nie. do momenu gdy zagrali fix you i chwilę później don't panic. o m ó j b o ż e! te dwie piosenki przemieniły mnie ze śmiecia na zutylizowanego śmiecia (XDDD). przez cały show obsypywali nas kilogramami confetti, dawali pokazy ognia i fajerwerków, wykańczali psychicznie, pozbawiali przytomności. ostatnia piosenka najbardziej złamała mi serce.

z koncertu zabrałam kilogram konfetti i serpentyn, masę beznadziejnych zdjęć i filmików oraz cudowne wspomnienia. gdy nadarzy się okazja na pewno to powtórzę, nie ważne czy miałabym wydać na to ostatnie groszę. zrobiłabym to milion razy. i wam radzę odkładać pieniądzę by iść na ten koncert, bo tego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć samemu. a wrócą.

do poczytania x

ps. to miał być blog głównie o książkach a jak na razie piszę tylko o muzyce, wybaczcie.  niedługo się to zmieni :) 

piątek, 16 czerwca 2017

chyba się zakochałam



chyba się zakochałam. ale tak serio. znaczy to w sumie do końca nie wiem, bo nigdy nie byłam zakochana ale kurde te motylki w brzuchu, ciary na całym ciele i to poczucie bezradności. no wlaśnie. a co jest tego sprawką? imagine fucking dragons i ich nowa piosenka! 

nie do końca wiem, co o niej napiać. z jednej strony czuję pustkę bo nie umiem sklecić zdania na jej temat ale z drugiej chcę krzyczeć jak bardzo ją kocham. słuchając jej wracam myślami do czasu kiedy poznałam ten zespół, do pierwszej płyty, pierwszej piosenki - 4 lata wstecz. i gdy włączyłam pryzcisk play po raz pierwszy popłakałam się już przy pierwszych nutach. autentycznie się popłakałam. ostatnio za często płaczę przez muzykę. 

od momentu gdy wyciekła wczoraj na youtube słucham jej cały czas i nie mogę przestać się nią zachwycać. zakażdym razem gdy się zaczyna czuję tą samą ekscytację, podniecenie i przerażenie. i to wcale nie tak, że po godzinie znałam tekst na pamięć. możemy porozmawiać o okładce tego singla? i w sumie każdego poprzedniego też. są p r z e p i ę k n e ehh. 

chciałabym bardzo, żeby to teraz był owf. żeby dragonsi zagrali teraz tą piosenkę. chociaż w sumi to nie wiem czy bym to przeżyła. i tak ledwo dałam radę po tym co się tam działo. nie polecam ich na żywo, niszczą psychikę, wywracają wnętrzności, doprowadzają do płaczu. 

tak w ogóle to nie miałam w planach tego posta, ale musiałam się gdzieś wyżalić. od premiery wild world bastille nie napaliłam się tak na żaden album jak teraz na evolve. muszę przeżyć do 23 czerwca żeby później umrzeć szczęśliwie słuchając tego dzieła (wiem, że nim będzie). a teraz błogosławię was tą piosenką, nie macie wyjścia, musicie ją przesłuchać teraz, natychmiast. już klikajcie play tu na dole i napawajcie się jej pięknem


do poczytania x

czwartek, 15 czerwca 2017

wiele początków



wiele razy pisałam pierwsze posty, lecz zawsze moje blogi kończyły się porażką. najdłużej-bo ponad rok-działał pierwszy, którego nazwy nawet już nie pamiętam. dlaczego zawsze umierały? bo brakowało mi chęci, motywacji, narzucałam sobie za dużo podświadomie wiedząc, że tego nie dokonam. tym razem mam zamiar inaczej do tego podejść. na spokojnie. a próbuję po raz kolejny, bo? bo potrzebuję tego, potrzebuję kolejnego miejsca gdzie mogę się wygadać o rzeczach, które lubię, tak po prostu. no więc wypadałoby się przywitać....

cześć! jestem alex. nie ola, nie aleksandra. nienawidzę tego imienia. kocham książki, muzykę, seriale. jestem uzależniona od internetu, głównie twittera. uwielbiam deszczowe dni i nienawidzę słońca. uważam herbatę za dar bogów. ostatnimi czasy wszystkie oszczędności wydaję na koncerty i chyba już nie potrafię bez nich żyć. czasem coś porysuję, ludzie mówią, że nawet mi to wychodzi. miewam gorsze dni znacznie częściej niż te dobre. jestem  mamą wielu kaktusów, sukulentów i innych roślinek.

myślę, że na teraz wysarczy, reszta wyjdzie z czasem. na dniach pojawi się jakiś konkretny post. nie wiem jeszcze jaki, ale to kwestia chwili. idę zaparzyć herbatę i trochę odpocząć, w końcu mam wolne i czas na nicnierobienie.

do poczytania niedługo x


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka