Obserwatorzy

niedziela, 25 czerwca 2017

jak zniszczyć człowieka w dwie godziny?


bylam na coldplay. słyszałam chrisa martina na żywo. tak, ja też wciąż w to nie wierzę. Minął dokladnie tydzień, od tego dnia. bilet czekał na użycie pół roku. pół roku od ogłoszenia koncertu ja czekałam z dziwnym spokojem. w końcu nastał ten dzień, 18 czerwca. dzień podczas, którego usłyszałam na żywo jeden z najważniejszych dla mnie zespołów, ostatni z tych najnajważniejszych. 

muzyka coldplay jest ze mną od 5 lat. od dnia gdy po raz pierwszy usłyszałam clocks towarzyszy mi każdego dnia. była dla mnie ostoją w trudnych jak i szczęśliwych chwilach, nadal nią jest. wiedziałam więc, że pojadę na ten koncert od moemntu gdy na gifie zapowiadającym trasę pojawiła się flaga polski. wydałam na bilet wszystkie oszczędności i masę stresu czy się załapię. ale udało się, po dwóch dniach bilet był już w moich łapkach. zostało tylko czekanie.

w warszawie byłam już dzień wcześniej. poszłyśmy z koleżanką do baru, trochę powłóczyłyśmy się po miescie, ogólnie nic szczególnego nie robiłyśmy. następngo dnia zastanawiałyśmy się czy kolejkować cały dzień w pełnym słoncu czy odpuścić i przyjść na miejsce chwilę przed wpuszczaniem. słońce jednak było tak palące, że padło na ten drugi wybór. wyszłyśmy z hotelu około południa, poszłyśmy coś zjeść i powoli kierowałyśmy się pod stadion, naprawdę powoli. niecałe 2 godzinki przed otwarciem bram znalazłyśmy przyjemne miejsce w kolejce i czekałyśmy na sądną chwilę.

po przejściu przez wszystkie bramki, odebraniu xylobands, biegłyśmy by mieć w miarę dobre miejce. i udało się! jakiś szósty rząd od sceny zdobyty! zaczęło się ostateczne oczekiwanie, które miały nam umilić supporty. miały, bo po raz pierwszy (przynajmniej dla mnie) okazały się porażka i czekałam tylko na ich koniec.

zespół oczywiście wszedł z wielkim hukiem zaczynając od a head full of dreams. i już w tym momencie umarłam. audio w porównaniu z tym co było na żywo (nawet mimo tej beznadziejnej akustyki narodowego) brzmi tak sucho, bez uczuć, czegokolwiek. z piosenki na piosenkę było coraz gorzej. w momencie gdy chris zaczął przemowę przed everlow a później samą piosenkę byłam już śmieciem, nie człowiekiem. nie kłamię. po tym cudzie zagrali clocks i w tym momencie można było mnie zbierać z podłogi. moja pierwsza piosenka coldplay usłyszana na żywo. czy może być coś piękniejszego? otóż moi drodzy myślałam, że nie. do momenu gdy zagrali fix you i chwilę później don't panic. o m ó j b o ż e! te dwie piosenki przemieniły mnie ze śmiecia na zutylizowanego śmiecia (XDDD). przez cały show obsypywali nas kilogramami confetti, dawali pokazy ognia i fajerwerków, wykańczali psychicznie, pozbawiali przytomności. ostatnia piosenka najbardziej złamała mi serce.

z koncertu zabrałam kilogram konfetti i serpentyn, masę beznadziejnych zdjęć i filmików oraz cudowne wspomnienia. gdy nadarzy się okazja na pewno to powtórzę, nie ważne czy miałabym wydać na to ostatnie groszę. zrobiłabym to milion razy. i wam radzę odkładać pieniądzę by iść na ten koncert, bo tego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć samemu. a wrócą.

do poczytania x

ps. to miał być blog głównie o książkach a jak na razie piszę tylko o muzyce, wybaczcie.  niedługo się to zmieni :) 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka